O grach zapiski na pudełku od tychże
Blog > Komentarze do wpisu
Zapisek # 13 o potrzebie umiaru w przesadzie

Z polskimi grami jest trochę jak z piłkarzami. Najlepsi świecą jasno na tle krajowej ligi, ale kiedy już wypuszczą się w wielki świat futbolu, kończy się na tym, że ładnie wyglądają na ławce rezerwowych. Co nie przeszkadza polskim mediom donosić o tym, ile minut każdy spędził na murawie, a jeśli już zdarzy się któremuś strzelić bramkę, to wiwatom nie ma końca. Gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba, że nieliczni zostają gwiazdami peryferyjnych na piłkarskiej mapie Europy klubów lub lig nawet, a jeszcze mniej licznym udaje się osiągnąć więcej, choć zawsze koniec końców okazuje się, że nie jest tak różowo, jak zrazu sądzono, żeby przywołać przykład bramkarzy – eksportowego hitu polskiej piłki.

Polskie gry zawsze liczyć mogą na przychylność krajowych recenzentów, którzy w myśl znanej formuły „dobre bo polskie”, zawsze dodadzą małe co nieco do oceny końcowej, czegoś nie zauważą, coś wyolbrzymią. Tak rodzą się legendy, które nie mają jednak większego związku z rzeczywistością. Ostatnio jej zaklinania podjęła się Rzeczpospolita, która lubuje się w analizach polskiej branży gier w dziale Ekonomia. W końcu robienie gier to taki sam biznes jak produkcja butów, a odkąd polskie firmy weszły na giełdę, nie mniej ważne od samych gier jest utrzymywanie czy też kreowanie dobrej atmosfery wokół nich. Tekst Wirtualne hity z Polski jest dobitnym i kolejnym już przykładem na to, że polskie gry i polska branża gier potrzebują odbrązowienia. I to pilnie. Pochwały bowiem, jeżeli nie przystają do rzeczywistości, przynieść mogą więcej szkody niż pożytku. Nie bardzo wiem, czemu służyć ma wmawianie czytelnikom, pomijam wątek biznesowy, bo tu sprawa jest jasna, że Polacy tworzą wybitne gry, których zazdrości nam świat cały. Zwłaszcza, że dziś nie jest problemem zerknięcie na to, co też ten świat sądzi o polskich grach. Dysonans jest uderzający. Uderzające jest też bezkrytyczne podejście do informacji przekazywanych przez twórców i wydawców. Nicolas Games twierdzi, że podpisał w Kolonii umowy z liczącymi się światowymi wydawcami, a Afterfall: Insanity kupić ma w ciągu dwóch lat milion klientów? Proszę bardzo, Rzeczpospolita opublikuje to z całą, śmiertelną wręcz powagą. A co to za wielcy wydawcy i na czym oparte są powyższe obliczenia? Cisza, nie psuć nastroju proszę. Czy Snajper to, jak chce Rzeczpospolita, jedna z najpopularniejszych obecnie na świecie gier komputerowych? Nieważne, podbijamy bębenek. Kupiło ją pół miliona osób? GOL opublikował, też z całą powagą, analizę planów i osiągnięć City Interactive i po zsumowaniu podanych, oficjalnych danych, nijak te pół miliona nie chce mi wyjść. Nie wspomnę, że o tym, iż liczba sprzedanych kopii, w tym całe 15.000 w Polsce, dobija do 500.000, słyszę od kilku tygodni.

Daleki jestem od negowania sukcesów polskich deweloperów. Chciałbym jednak, by zachowywano umiar. I dotyczy to nie tyle nawet twórców i wydawców, bo oni mają swoje interesy, ale dziennikarzy, których nie stać, tak to niestety wygląda, na krytycyzm. Ciągle wraca się do wielkiego sukcesu Painkillera. Jak ten sukces mierzyć? Chyba tylko wysokością sprzedaży i średnią na Metacritic. Oczywiście miarki to ułomne, ale jako jedyne dają podstawy do formułowania takowych ocen. Czy 300.000 sprzedanych Painkillerów to sukces? Ze średnią ocen jest lepiej, bo na Metacritic wynosi ona 81 procent. Tyle, że Painkiller to gra zdecydowanie niszowa i jej sukces porównywany być może ze światowym sukcesem polskich kapel metalowych, choć one akurat sprzedają więcej płyt. W głównym nurcie Painkiller, tak jak i Behemoth, nie zaistnieje, co jednak wcale nie umniejsza jego sukcesu. Tyle, że trzeba umieć go dookreślić, docenić i nie epatować wielkościowymi pretensjami narażając się na śmieszność. Wiedźmin na Metacritic ma średnią 81, edycja rozszerzona nawet 86 procent, i jest to piękny wynik, ale półtora miliona sprzedanych kopii, nawet przy uwzględnieniu tej średniej, to ledwie uchwycenie przyczółka w wielkim świecie gier, co przyznają nawet przedstawiciele CD Projektu. I znowu, Wiedźmin jako RPG i to wyłącznie pecetowe, to nisza, duża, ale jednak nisza na światowym rynku. Podobny wynik w odniesieniu do Call of Juarez, ciągle nie wiem, której części to dotyczy i czy przypadkiem nie obu razem wziętych, przy średniej ocen poniżej 80 procent to również przyczółek, który daje widoki na przyszłość, ale do odtrąbienia realnego światowego sukcesu jeszcze daleko. I w zasadzie na tych trzech tytułach rzeczywiste sukcesy polskich deweloperów się kończą. Snajper z średnią ocen 55 procent w wersji PC i 45 procent w wersja na X360 oraz sprzedażą rzędu, a niech będzie, 500.000 kopii to betka, i poza Polską nikt tego tytułu w kategorii sukcesu nie ocenia. A budżet 3 milionów złotych, czyli niecałego miliona dolarów, nie uzasadnia w żaden sposób promowania gry jako produkcji wysokobudżetowej.

A co do tych widoków na przyszłość. Zachwycanie się Bulletstormem autorów Painkillera, przypomina ekscytację dokonaniami naszych ludzi w Hollywood. People Can Fly od czasu związania się z Epic Games funkcjonuje w innej rzeczywistości niż pozostali krajowi deweloperzy. Wiedźmin 2 ma potencjał, dobrą, światową co istotne, prasę i markę, ale bez wersji konsolowej wielkiego sukcesu mierzonego milionami sprzedanych kopii, nie osiągnie. Afterfall: Insanity, po wszystkich jego perypetiach i przytwierdzeniu, nie wiedzieć czemu, husarskich skrzydeł do futurystycznego kombinezonu, traktuję w kategorii egzotycznej, choć polskiej, ciekawostki. Niczego chyba nie pominąłem.

Nie należy i nie warto umniejszać sukcesów polskich twórców gier. Powinni czuć wsparcie, ale bezkrytyczne spijanie marketingowego przekazu przez media, niczego dobrego nie przyniesie. Od Rzeczpospolitej, że zostanę przy tym przykładzie, nie wymagam dużo. Autor tekstu Wirtualne hity z Polski nie odróżnia gry komputerowej od konsolowej, uważa, że RPG są popularniejsze od strzelanek, i tak dalej. Trudno, zapewne zajmuje się tak naprawdę ekonomią, a nie grami. Ale dlaczego na tematycznej Gamezilli, w której, jak sądzę, pracują ludzie znający się na grach, uważa się, że ten tekst jest rzeczowy, ciekawy, bez pomyłek i bez szukania dziury w całym? No może z tym szukaniem dziury w całym to prawda. Tylko chyba nie o to, tak naprawdę, powinno w tym wszystkim chodzić.

środa, 01 września 2010, zapiskowiec

Polecane wpisy

  • Zapisek # 28 o świecie, którego podobno już nie ma

    Podobno. Wspominałem o świecie Ameryki połowy XX wieku. Tej nawiązującej bezpośrednio do charakterystycznych plakatów obecnych w FNV na każdym niemal kroku? I n

  • Zapisek # 27 o dwóch światach

    Tak przynajmniej mogłoby się zdawać, a przekonanie o tym nie powinno budzić nawet cienia zdumienia. Fallout New Vegas to gra z gatunku tych, w których świat odg

  • Zapisek # 26 o tym, jaki jestem zły

    A jak mam się czuć, skoro posiadam konto na Steamie, które w miarę regularnie dofinansowuję kolejnymi zakupami? Jak mam się czuć, skoro wspieram Obsidian i Beth

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/09/03 16:00:06
Wspomniany artykuł w Rzepie jest więcej niż charakterystyczny dla tzw. mediów mainstreamowych. Nie wiem, czy autor zna się na grach na tyle, żeby napisać coś więcej niż obecne w tekście same banały, ale nawet gdyby, nikt w tak poważnej redakcji nie pozwoliłby mu na publikację bardziej sprofilowanego tekstu. To nie takie już nowe medium jest wciąż nieobecne w świadomości szefów działów i redakcji. Dlatego właśnie teksty o grach w głównych tytułach są zawsze opowieściami dla cioci emerytki. Mimo że z około 80 proc. facetów (powiedzmy poniżej 35 roku życia) cztających gazetę zna pojęcia interfejs czy DRM... Jedynym wyjątkiem była tu śp. Kultura, ewenement na skalę co najmniej europejską. I nie mam złudzeń - coś takiego nie prędko się powtórzy. Druga możliwa interpretacja jest taka - dziennikarze to ludzie żyjący z pisania tekstów o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Zresztą jedno drugiego nie wyklucza.
JMD
-
zapiskowiec
2010/09/06 18:29:17
No niby tak, ale czy brak potrzeby weryfikacji oświadczeń wydawców i podawanie ich jako fakty to normalna praktyka w mediach mainstreamowych? Chyba nie. Rzeczpospolita od pewnego czasu zaangażowała się w pisanie o grach w dziale finansowo-ekonomicznym, ale to co tam czytam wywraca moje wyobrażenie o profesjonaliźmie dziennikarzy w niej publikujących. Szkoda, bo wkładki np. prawna czy ekonomiczna są w miarę cenione przez profesjonalistów. A dobre gry się obronią, nawet bez sztucznego pompowania. taką mam nadzieję :) Pozdr.